Przy Górczewskiej 17 stoi dom wypalony na początku sierpnia 1944 roku, potem wyremontowany, ale nie do końca. Jeszcze dziś widać od podwórka ślady po kulach. Tutaj mała dziewczynka słyszała odgłosy strzałów i wybuchów, widziała płomienie i dymy, a w końcu dotarły do niej straszne głosy w obcym, szczekliwym języku i ujrzała potwornych ludzi w ciemnych uniformach, którzy wyganiali wszystkich z domów. Na bruku ulicy zobaczyła sąsiadów, którzy spali w jakichś dziwnych pozach ze wzdętymi brzuchami. Coraz więcej i więcej widziała tych śpiących. Ojciec trzymał ją mocno za rękę, a matka przytulała do serca maleńkiego braciszka, kiedy stawiali ich trzykrotnie pod ścianą.
Przeżyła, wyrosła na piękną dziewczynę, która lubiła śmiać się i śpiewać. Ale po latach, kiedy akurat strzygła najmłodszego brata, zaczęła histerycznie płakać, gdy usłyszała w radiu o czołgach i zabitych na ulicach Poznania. Dobrze to pamiętam, bo to moja rodzona siostra. Dotychczas śnią się jej po nocach śpiący na Woli sąsiedzi.
Mieszkaliśmy przy maleńkiej uliczce na Dolnym Mokotowie, w domu pozbawionym przez niemiecką „krowę” połowy ściany. Aż do lat 6o., kiedy dali nareszcie cegły, wypełniona przez rodzinę gruzem, słomą i piaskiem elewacja była szczególnie zimna i wilgotna. Tam czytałem pierwszy raz „Trylogię” i „Popioły”, tam też słyszałem opowieści o powstaniu, straszliwe, ale i piękne, przyziemne i wzniosłe. To się zdarzyło zaledwie dziesięć, dwanaście lat wcześniej. I jeszcze wtedy oglądaliśmy ekshumacje zwłok, wydobywaną z gruzów i z ziemi broń oraz amunicję. Pałaliśmy żądzą odwetu.
Aż przy Dolnej zaczęli kręcić sceny do filmu „Kanał”. Janczar borykał się z „goliatem”, Gliński wydawał rozkazy, czołgi z czarnymi krzyżami strzelały spod skarpy, a świece dymne zapalone pod domem dla nerwowo chorych otulały dymem poszczerbiony kościół świętego Michała. My, młodociani mściciele, czekaliśmy na zadośćuczynienie. I pamiętam ów zawód, kiedy zobaczyliśmy film. Tę beznadzieję, tę kratę zagradzają
cą oślepionemu drogę do wolności. Przecież to nie o tym miało być! mówiliśmy jeden do drugiego.
To nie o to walczyliśmy 63 dni, tracąc najlepszych kolegów, zdrowie i bliskich, widząc zagładę rodzinnego miasta, gwałty, łzy i cierpienie. Chcieliśmy zwyciężyć, oswobodzić Warszawę tłumaczył mi, a jeszcze bardziej sobie, Andrzej Wolski „Jur” z „Zośki”. Jakże to wszystko przemawia z porywających wspomnień Wacława GluthNowowiejskiego „Wacka”, które stanowią główny tekst niniejszego numeru „Bitew”... 63 dni nierównej walki, przygotowanej pod okrutną okupacją, ewenement w skali historii wojskowości. Czy powstanie musiało wybuchnąć? Czy powinno? Zostawmy te pytania, które długo jeszcze zajmować będą Polaków.
Wybuchło, bo prawdopodobnie nie mogło nie wybuchnąć.
Mija 62. rok od godziny „W”. W ciągu ostatnich kilkunastu lat tak wiele się wydarzyło, tak bardzo przywrócono narodowi pamięć o jego największym, choć i najbardziej tragicznym zrywie ku wolności, tak przewartościowano polską historiozofię, że chyba już można mówić o zwycięstwie powstania po tylu, tylu latach.
Kim bylibyśmy bez tych najlepszych w naszych dziejach dziewcząt i chłopców, którzy przysięgali i walczyli „... aż do ofiary życia”? Co czynimy, aby zasłużyć na moralny spadek po złożonej przez nich ofierze? Takie pytania nasuwają się też dziś, kiedy spacerujemy po ulicach i uliczkach Woli i Mokotowa, Ochoty, Starówki i Żoliborza