Tego listopadowego poranka 1627 roku słońce wzeszło w całej swej krasie i jeszcze nic nie wskazywało na to, że przyjdzie mu zgasnąć w samo południe. Od strony lądu wiał mocny wiatr, gwiżdżąc w olinowaniu stojących w Wisłoujściu gdańskich okrętów. „Nareszcie” - pomyślał uradzony w Niderlandach admirał Arend Dickmann, któremu Rzeczpospolita oddała dowództwo nad królewską flotą. Już dwa dni wcześniej próbował niepostrzeżenie wyprowadzić swoje galeony na wody Zatoki Gdańskiej. Wiało od morza i trzeba było posłużyć się łodziami holującymi. Niestety! Flagowy okręt Rycerz Święty Jerzy osiadł na mieliźnie i cały plan spalił na panewce. Czujni Szwedzi zauważyli, co się święci, nadpłynęli od strony Helu i ogniem armat zagnali polską flotyllę z powrotem do portu. „Teraz będzie inaczej” - uśmiechnął się pod wąsem Dickmann. - Do żagli! Wychodzimy! - krzyknął w kierunku bosmana.